Przejdź do treści głównej

Czas na Widawkę

Opublikowano: 26 Kwi 2016

Doceń i poleć nas

Tekst i zdjęcia: Tomasz Andrzej Krajewski

Powrót ze spływu do dobry moment na planowanie kolejnego spotkania z wodą. Ile można bez niej wytrzymać? Niedługo… Wracaliśmy z Węgorapy z kiełkującym pomysłem spotkania się gdzieś w połowie drogi między Włocławkiem, Lublinem i Wrocławiem. Nie minął miesiąc i witaliśmy się znów, tym razem w Szczercowie, na przystani lokalnego organizatora spływów.

Wyjątkowo suche i upalne lato tego roku nie zachęcało do pływania. W większości rzek wody było jak na lekarstwo – przekonaliśmy się o tym boleśnie. Kto mielizn i ciągnięcia kajaka na sznurku nie lubi, musiał szukać dużych akwenów. Wyszperałem jednak Widawkę, rzekę niewielką, ale zasobną w wodę przez cały rok, bo zasilają ją pompy odwadniające odkrywki węgla brunatnego w Bełchatowie i Szczercowie. Była jedną z nielicznych rzek w kraju ze średnim stanem wody; większość cieków na mapie IMiGW pociągnięta była grobowym czarnym kolorem niżówki.

Nadszedł więc czas na Widawkę!

W Szczercowie, biwak nad rzeką (fot. Tomasz Andrzej Krajewski)

Dolce far niente

Wieczorem zaszedł do nas właściciel przystani, na terenie której obozowaliśmy i zaproponował, że wywiezie nas rankiem w górę rzeki, do Żaru. To bardzo ładny odcinek. Chociaż to tylko 7 kilometrów, warto go poznać. Daliśmy się namówić. Plan był taki, by po dopłynięciu zwinąć namioty i po posiłku ruszyć dalej. Bartek jednak tak się rozleniwił, że zaproponował nocleg drugi raz w tym samym miejscu, co wszyscyśmy radośnie podchwycili. Skończyliśmy więc pływanie i relaksowaliśmy się w Szczercowie do wieczora.

Pływanie pierwszego dnia było krótkie, ale rzeczywiście bardzo przyjemne. Czysta rzeka, łagodnie sunąca przez sosnowe laski i łąki. Jedno nastroszone głazami, długie bystrze za stalowym mostkiem, przy dawnym młynie w Lubośni było jedyną, za to dość trudną przeszkodą. Wystarczy powiedzieć, że Kaśka się wywróciła i kajak w poprzek nurtu stanął. W samym Szczercowie była przenoska przy elektrowni wodnej; to była jedyna uciążliwość.

Relaksowanie się było również bardzo przyjemne. Wprawdzie niełatwa to rzecz, nic nie robić, ale my się trudności nie boimy i daliśmy radę.

Wypoczywaliśmy początkowo w Cafe Kolorowa, wypatrzonej przez Magdę niedaleko ryneczku, oferującej kilka niekoncernowych piw. Prowadząca ją dziewczyna zaproponowała, byśmy zamówili do jej kafejki pizzę z dowozem z pobliskiej restauracji i tak zrobiliśmy. Kierowniczka restauracji nie była dla nas poprzednio sympatyczna – gburowato odmówiła wpuszczenia nas choćby do piwnego ogródka przed otwarciem lokalu – ale pizzę rzeczywiście miała smaczną.

Popołudnie spędzaliśmy już nad rzeką, kąpiąc się, drzemiąc, wreszcie paląc ognisko i grillując. Śpiewaliśmy, Tomki na zmianę grali na gitarze i choć impreza nie była tak długa, jak poprzedniej nocy, to śpiew wychodził nam chyba ładniej. Nasza szczercowska gospodyni była nim w każdym bądź razie zachwycona. Specjalnie przyszła, by nam to oznajmić.

Młyn w Korablewie (fot. Tomasz Andrzej Krajewski)

Rzeka jest dla nas przygotowana!

Po słodkim próżnowaniu pierwszego dnia w dniu kolejnym trzeba było zrobić uderzenie – popłynąć tak daleko, jak się da, jeśli chcieliśmy pokonać Widawkę.

Zwijaliśmy obóz przy akompaniamencie śpiewu zakonnicy ze szczercowskiego kościoła. Podobnie jak my, ładnie śpiewała, tylko repertuar miała jakby nie bardzo wodniacki.

Sympatyczna była znów Widawka. Niosła dość bystro pod szpalerami drzew. Niewielkie bystrza pozostałe po nieistniejących młynach w Kościuszce, przed ujściem Pilsi, w Zagrodnikach czy Sarnowie dzieliły płynięcie na krótsze odcinki i zapewniały trochę rozrywki Fasolce, która chętnie się w każdym z nich na chwilkę kotwiczyła.

Właściciel wypożyczalni kajaków zapewniał nas, że rzeka została przez niego przygotowana tak, by była bezpieczna. Rzeczywiście, zadbał o to, by nie niszczono mu sprzętu. Zminimalizował ryzyko montując gumowe ochraniacze na sterczących z dna stalowych prętach czy też przegradzając palisady pozostałe po dawnym młynie poziomymi belkami i zostawiając jako jedyne wolne od barier to miejsce, którym można swobodnie spływać.

Właściciel wypożyczalni w trosce o nasze bezpieczeństwo zalecił nam dwie przenoski, ale nie posłuchaliśmy go – nie zrobiliśmy żadnej. Przy ruinie ceglanego młyna w Korablewie spłynęliśmy z progu pod mostkiem, zaś w Chociwiu spławiliśmy kajaki po rumowisku dawnego spiętrzenia, czemu z zaskoczeniem przyglądali się targający tamże brzegiem swe łódki uczestnicy innego spływu. Żeby spławić kajaki, trzeba było przecież wejść do wody! To jest trudne do pomyślenia, latem, na spływie, do wody!

Młyn w Korablewie (fot. Tomasz Andrzej Krajewski)

Nocne spektakle

Zaczęło zbierać się na burzę. Parno, chmury zgęstniały. Od Rogoźna szukaliśmy biwaku. Zatrzymaliśmy się ostatecznie na łące na lewym brzegu, za ujściem Grabi. Wyjście było nieszczególne, strome, w wysoką trawę, a nie dało się wysiadać do wody, bo w tym akurat miejscu był znaczny głęboczek. Nie zdecydowaliśmy się jednak biwakować przy samym ujściu Grabi, choć dostęp do lądu był tam doskonały, gdyż stało tam kilka samochodów z miejscowymi młodzieńcami. Nie mieli wprawdzie namiotów i nie zamierzali nocować, obawialiśmy się jednak, że mogą nas w nocy z nudów odwiedzić albo, precyzyjniej nazywając rzecz, zajechać.

Znaleźliśmy się w soczewce pomiędzy burzami. Błyskało potężnie z lewej, prawej, na wprost, niemal dookoła. Grzmoty i głuche dudnienie towarzyszyły nam przez większość wieczoru. Ostatecznie deszcz nie spadł, burze się na okolicę rozeszły i umilkły. Mogliśmy spokojnie grać i śpiewać, siedząc przy zniczu, tej poręcznej namiastce ogniska, i zasznupać sobie, i wypić wszystko, co było. A owo wszystko skończyło się szybko…

Po odejściu burz spektakl dały tysiące jętek. Przez przypadek Bartek skierował snop latarki w niebo i natychmiast pojawiła się w nim mnogość wirujących punkcików. Przyglądaliśmy się z podziwem ich powietrznemu niememu tańcowi. W to świetlne przedstawienie co pewien czas wpadał nietoperz, cichy łowca, i trzebił je, trzebił!

A jętki wirowały, wirowały!

Jętki nocą w pobliżu ujścia Grabi (fot. Tomasz Andrzej Krajewski)

Dyplomy

Ostatni dzień spływu był ciepły, choć już nie upalny. Z rzadkich chmur rzadki popadywał deszczyk. Szerokimi rozlewiskami dotarliśmy do przenoski przy elektrowni w Górkach Grabińskich. Kolejna przeszkoda czekała w Rembieszowie. Główne koryto rzeki przegradzają tam pale po dawnym spiętrzeniu. Nurt schodził między nie bystrzem przez gałęzie, nie było za bardzo widać, co dalej. Wybraliśmy prawe odgałęzienie, płytsze, ale bezpieczniejsze. Też były tu pale pod mostkiem, ale dość łatwe do pokonania. Od mostku wąskie koryto z licznymi krzakami i leżącymi w poprzek pniami, nie wymagającymi wysiadania z kajaka, ale tylko gimnastyki, doprowadziło nas do połączenia odnóg. Jeszcze parę kilometrów i wypadliśmy na Wartę, naszą starą znajomą, tyle już razy wiosłem dotykaną. Skończyliśmy spływ przy dużej wierzbie we wsi Pstrokonie. Przyjechał tam po nas busem właściciel wypożyczalni w Szczercowie i zabrał wraz z kajakami do siebie i do naszych samochodów. No i rozjechaliśmy się do domów.

Miły to był czas. Niziny, stare młyny, pośpiech donikąd dalej jak tylko do ujścia…

Organizator spływów ze Szczercowa każdemu, kto przepłynie całą Widawkę, daje dyplom. Mało kto przepływa całą trasę. Większość turystów preferuje spływy jednodniowe. Takie czasy.

My też dostaliśmy nasze dyplomy, pięknie oprawione w drewniane ramki. Przyszły pocztą przed Wigilią i obudziły wspomnienia.

INFORMACJE PRAKTYCZNE

Termin: sierpień 2015 r.

Charakterystyka szlaku: Widawka to ładna rzeka nizinna w środkowej Polsce. Nie ma nad nią dużych kompleksów leśnych, ale obfite zadrzewienia przybrzeżne zapewniają rzece dużo uroku. Czysta woda i piaszczyste dno zachęcają do kąpieli. Woda w korycie pochodzi w znacznym stopniu ze zrzutów wód kopalnianych w Bełchatowie i Szczercowie, co powoduje, że stan wody jest stabilny w skali roku. Głównymi przeszkodami są pozostałości po starych młynach. Jest to szlak bezpieczny i nadaje się także dla początkujących. Można nim pływać podobno od wsi Trząs (do ujścia 54 km) i pokonać go w ciągu 2-3 dni. Trudność: ZWA – ZWB, uciążliwość: u3.

Orientacyjny kilometraż:

46,8 – Żar, most drogowy

44,8 – Lubośnia, most, za nim kamieniste bystrze o dużym spadku; spływać lub spławiać kajaki, ewentualnie przenosić

40,8 – Szczerców, most i elektrownia wodna, przenoska

39,7 – Szczerców, most drogowy, przed nim przystań kajakowa

30,1 – Korablew, dawny młyn, pod betonową kładką próg; można spływać każdym z dwóch przęseł, przy niskim stanie wody spławić kajaki lub je przenieść brzegiem

22,6 – Chociw, kamienisty próg w prawo przy dawnym młynie; przenosić kajaki 50 m prawą stroną, ewentualnie spławiać kajaki przy prawym brzegu

12,4 – ujście rzeki Grabi

9,3 – Stara Wieś, elektrownia wodna, przenoska

3,4 – Rembieszów, resztki młyna; na rozwidleniu płynąć w prawo, pod mostkiem pale, można przepłynąć prawą stroną lub przeprowadzić kajak

0,6 – Jeziorko, most, można tu zakończyć spływ

0,0 – ujście Widawki do Warty w jej 541,3 km; po 1 km w miejscowości Pstrokonie można zakończyć spływ, jest tu dobry dojazd

Opisy szlaku: Marek Lityński, Warta przewodnik kajakowy, Łódź, 2008 lub na stronach: www.kajak.org.pl i wkw.wloclawek.pttk.pl

Wypożyczalnia: kajak można wypożyczyć m.in. w Szczercowie na przystani kajakowej PPUH Coma, tel. 603 597 686, kajaki.szczercow.info, która organizuje też spływy dopływami Widawki takimi jak Krasówka, Pilsia i Grabia. Także osoby posiadające własny kajak uzyskają tam pomoc logistyczną, np. w transporcie osób i sprzętu.

OD REDAKCJI

Przed sezonem zalecamy powtórkę wiedzy o sztucznych progach. Obejrzyjcie koniecznie. Bądźmy bezpieczni na wodzie!

Zapisz się na nasz newsletter