Przejdź do treści głównej
3
Kwi
2013

Bałtyk pod wiosłem 2013 – edycja mobilna

Archipelag Trosa – Archipelag Huvudskär (południowa część Archipelagu Sztokholmskiego). Początek i koniec spływu w POLSKIEJ BAZIE KAJAKOWEJ w Stensunds Folkhögskola koło Trosy.

Regulamin do pobrania tutaj.

Trasa spływu Bałtyk pod wiosłem 2013

Relacja ze spływu

Autor relacji Krzysztof Sibielski 

15.08, czwartek. Dzień 1.

X wyprawa kajakowa „Bałtyk pod wiosłem 2013” oficjalnie zaczęła się 15 sierpnia 2013r. Do polskiej bazy kajakowej w Stensund różnymi drogami przybyło 11 uczestników: Ania, Paulina, Eliza, Monika, Jacek, Bartek, Olek, Marek, Lucjan i dwóch Krzysztofów. Czekają tu nas organizatorzy wyprawy Adam i Grzegorz. Pierwsze wspólne spotkanie i zajęcia z nawigacji, locji, z omówieniem zasad bezpieczeństwa zostało wyznaczone na godzinę 16.00.

W trakcie przedstawiania się szybko orientujemy się, że jesteśmy grupą bardzo różnorodną wiekowo (od 20 do 60 lat), pod względem doświadczenia i praktyki związanej z uprawianiem kajakarstwa morskiego (od zerowego doświadczenia na morzu do ponad 40  tys. przepłyniętych kilometrów). Okazuje się również, że jesteśmy grupą międzynarodową, bo Lucjan pochodzi z Belgii. To, co nas łączy, to zamiłowanie do uprawiania kajakarstwa we wszystkich jego odmianach. Po zajęciach teoretycznych w sali wykładowej przechodzimy na taras szkoły (Folgshögskola) i jeszcze raz pracujemy z mapą. Próbujemy identyfikować widoczne obiekty, określać kursy i odległości.

O 19.00 spotykamy się na przystani, gdzie Grzegorz krótko omawia najważniejsze aspekty związane z pływaniem kajakiem po morzu. We wcześniej wybranych kajakach wychodzimy na wodę, aby ćwiczyć podpórki niskie i wysokie, a następnie udzielanie skutecznej pomocy w przypadku wywrotki. Na początku Grzegorz z Adamem udzielają instruktażu i lekcji poglądowej, jak powinno wyglądać prawidłowo wykonane T-rescue. Potem przychodzi czas na nas – każdy kilkakrotnie musi dać się uratować po „kabinie”, a następnie udzielić pomocy innemu uczestnikowi. Ok. 21.00 lekko wymarznięci dopływamy do przystani, klarujemy kajaki i udajemy się do sauny. Tu następuje krótkie podsumowanie dnia i już rozgrzani i zrelaksowani wracamy do swoich namiotów.

16.08, piątek. Dzień 2. (dystans 18 km)

Wszyscy wstają bardzo wcześnie, choć wypłynąć mamy dopiero o godzinie 11.00. Zaczyna się pakowanie kajaków. Przypomina to pracę mrówek w mrowisku. Z różnych miejsc, różnymi drogami każdy z uczestników niesie do swojego kajaka worki, woreczki, torby, pakunki itd. Zgromadzone zapasy i niezbędne wyposażenie do przeżycia siedmiu dni w szkierach pakujemy do kajaków, pamiętając o wskazówkach Grzegorza dotyczących stabilności i właściwości morskich łódek. Nikt nie chce, by jego kajak zaraz po wypłynięciu przewrócił się jak królewski okręt „Waza”, który wydobyty i zrekonstruowany możemy podziwiać w muzeum w Sztokholmie (ok. 60 km od naszej bazy).

Pakowanie kajaków to dobra okazja do integracji grupy. Doświadczeni kajakarze morscy, mający już wiele wypraw za sobą, pomagają i udzielają rad swoim mniej doświadczonym kolegom. W czasie pakowania następuje również selekcja przywiezionych rzeczy. To, co się nie mieści lub uznaliśmy, że nie będzie nam potrzebne w czasie spływu, zostawiamy w bazie – w kontenerze Grześka lub w samochodach.

Godzina 11.15 z małym opóźnieniem wyruszmy z naszej bazy w Stensund. Zatoka i morze spokojne jak staw, ale z każdym kilometrem wiatr staje się silniejszy i zwiększa się fala. Pierwszy płynie Grzegorz, który pełni rolę nawigatora. Adam zabezpiecza grupę z tyłu. Gdy grupa zbyt się rozciąga, na sygnał Adama wszyscy dopływają w pobliże Grzegorza i ruszamy dalej w nieco wolniejszym tempie. Na razie poznajemy swoje możliwości. Bezpieczeństwo uczestników zawsze stoi na pierwszym miejscu i tak już będzie do ostatniego dnia naszej wyprawy.

Ok. 13.00, po dwóch godzinach płynięcia, przerwa na wyspie Ekskär. Wszyscy uczestnicy mają już za sobą pierwszy, dłuższy odcinek (ponad 4 km) na pełnym morzu z dala od lądu i wysp. Wiatr i fale mieszczą się miedzy 3 a 4 w skali Beauforta, co przy dość dużej głębokości morza i długości rozbiegu fal powoduje, że płynięcie z wiatrem wiejącym od rufy kajaka dla niektórych uczestników wyprawy jest zupełnie nowym doświadczeniem. Kajak znajdujący się na szczycie fali zaczyna myszkować, próbuje płynąć niekoniecznie prosto – nie tam, dokąd byśmy chcieli, próbuje również obrócić się bokiem do fali, a to już jest niebezpieczne. Trzeba więc szybko odrobić lekcję z pływania kajakiem takim kursem. Grupa przechodzi swój pierwszy morski chrzest, bo i przy okazji od czasu do czasu można zostać złapanym przez falę, która z radością leje się nam na plecy. W trakcie lunchu dzielimy się swoimi doświadczeniami i wrażeniami z takiego pływania, niektórzy członkowie wyprawy mówią, że czują się lekko „zbełtani”.

Po godzinnej przerwie ruszamy dalej już pod osłoną kolejnych wysp. Falowanie staje się mniejsze, wiatr słabszy. Szkiery stanowią skuteczną osłonę. Pokonujemy kolejne kilometry i ok. 18.00 lądujemy na plaży na północnym krańcu wyspy Oxnö zaraz za obrotowym mostem. Rozbijamy namioty, przygotowujemy posiłek, zbieramy gałęzie na ognisko. Ok. 22.00 posumowanie dnia przy ognisku, gdzie każdy opowiada o swoich wrażeniach.

17.08, sobota. Dzień 3. (dystans 30 km)

Pogoda na razie nas nie rozpieszcza, jest deszczowo i pochmurnie. Pakowanie do kajaków idzie nam już dużo sprawniej i o godzinie 10.00 ruszamy dalej. Teraz zawracamy na południe i płyniemy w kierunku wyspy Rǻholmen, gdzie popłyniemy dalej na północny wschód. Morze dziś jest spokojne. Na lunch zatrzymujemy się wyspie Sadskär. Tu dowiadujemy się od straży przybrzeżnej, że musimy zaczekać do godziny 17.00, gdyż naszym szlaku na południe od Nynäshamn odbywają się wyścigi łodzi motorowych. Jemy bez pośpiechu i zwiedzamy wyspę, która jest rezerwatem przyrody. Miejsce wyjątkowo piękne. Z najwyższego miejsca na wyspie możemy podziwiać przepiękną panoramę. Płyniemy powoli dalej, ale na wysokości przylądka Knappelskär musimy zatrzymać się i czekać do końca zawodów. Lekko znudzeni przyglądamy się pędzącym łodziom motorowym.

Ok. 17.00 ruszamy dalej. Naszym celem jest dziś wyspa Nåttarö. Mijamy prawą burtą wyspę Mällsten i już bez większych problemów dopływamy na miejsce. Jedynym urozmaiceniem są przepływające promy.

Ok. 20.00 mamy już rozbity obóz. Wieczorem tradycyjnie ognisko i podsumowanie dnia albo, jak to określa Grzegorz, „mówiący patyk” – zwyczaj, który zadomowił się na szkierach. Kiedy płyniemy w dzień, nie ma za dużo okazji, by ze sobą rozmawiać. Na ten stan wpływa wiele czynników: jednoosobowe kajaki, stan morza, pogoda, potrzeba zachowania uwagi, prowadzenie nawigacji, zakładanie obozowiska itd. Wieczorem przy ognisku spotykają się już wszyscy. Grzegorz na początku krótko podsumowuje dzień, przypomina trasę, podaje orientacyjną liczbę przepłyniętych kilometrów. Posiadacze GPS-ów uściślają dystans, dodają swoje dodatkowe informacje odczytane z urządzeń, czyli czas płynięcia, czas postojów, średnią prędkość, prędkość maksymalną itp. Potem przychodzi pora na dyskusję. Grzegorz wręcza najbliższej osobie przygotowany patyk i jest to znak, że ten uczestnik wyprawy ma głos, ma opowiedzieć swoje wrażenia z tego dnia. Co mu się podobało, a co nie. Osoba trzymająca „mówiący patyk” nie ma ograniczeń czasowych wystąpień, nikt z pozostałych uczestników nie przerywa jej wypowiedzi. Mamy więc okazję zapoznać się z osobistymi wrażeniami uczestników, poznać ich talenty krasomówcze czy też wysłuchać lapidarnych komentarzy typu „było ok”. Czasem zdarza się, że przy dłuższym opowiadaniu ktoś ze słuchających przyśnie, wtedy pozostali uczestnicy oburzeni wołają: „przestań chrapać”. Wszystkie wypowiedzi podsumowują Grzegorz z Adamem, podają trasę na kolejny dzień. Zaczynamy rozmawiać na różne tematy. Pijemy herbatę lub za zdrowie jakiegoś uczestnika, który miał na przykład imieniny, urodziny lub z zupełnie innej okazji.

18.08, niedziela. Dzień 4. (dystans 23 km)

Dzień wyjątkowo piękny, słoneczny i spokojny. Pod osłoną wyspy Nåttarö płyniemy powoli dalej na północny zachód. Na lunch zatrzymujemy się na wyspie St. Björn . Później opływamy prawą burtą wyspę Utö, gdzie znajdują się najstarsze kopalnie rudy żelaza w Szwecji. Po drodze szukamy dobrego miejsca do biwakowania. Wiele atrakcyjnych z naszego punktu widzenia miejsc podoba się również armii szwedzkiej, która właśnie w tych miejscach umieszcza wielkie żółte tablice zabraniające fotografowania, cumowania, kąpieli, łowienia ryb itd. Na licznych wysepkach widzimy różnorodną infrastrukturę wojskową z bunkrami, antenami i celami ćwiczebnymi dla artylerii . W końcu znajdujemy nocleg w spokojnej zatoce i oddajemy się przyjemnościom związanym z gotowaniem.

Przygotowywanie posiłków w trakcie takich długich spływów to prawdziwa sztuka i bardzo ważny punkt dnia. Ponieważ lubię gotować, ten aspekt naszej wyprawy zawsze mnie bardzo interesuje. Za dobór odpowiednich składników, ich ilość i jakość każdy uczestnik odpowiada sam. Jak opowiada Adam, uczestnik prawie wszystkich edycji „Bałtyku pod wiosłem”, kilka lat temu zmieniła się formuła przygotowywania posiłków i zamiast wspólnej „garkuchni” preferuje się samodzielne i indywidualne żywienie. Mimo tego, możemy zaobserwować łączenie się w pary bądź większe grupy i wspólne przyrządzanie oraz spożywanie jedzenia. Taka opcja wymaga wcześniejszego dogadania się i ustalenia listy potrzebnych produktów oraz późniejszego podziału ról: zmywający, gotujący itd. Przyrządzanie posiłków nie może się obyć bez odpowiedniej kuchenki lub palnika. Widzimy całą gamę różnego rodzaju sprzętu, którego paliwo stanowi gaz w kartuszach, butlach turystycznych, benzyna, paliwo stałe, a gdy kończy się paliwo zabrane ze sobą, pozostaje ognisko bądź niezawodny piecyk Maruchy (naszego redakcyjnego kolegi – przyp. red.). Wybór rodzaju paliwa czy ilość zabranego jedzenia najczęściej zależy od sposobu dotarcia do Szwecji. Najmniejsze pole do manewru pozostaje lecącym samolotem.

Jeszcze większe moje zainteresowanie budzi jednak to, co uczestnicy wyprawy jedzą na śniadanie, lunch i obiadokolację. Tu możemy zobaczyć jeszcze większą różnorodność. Mamy tu gotowe produkty: ekspresowe kaszki manny, zupki, zupki chińskie, gorące kubki, puszki, „kociołki”, travel lunche – liofilizaty, ale spotkać można i tradycyjne kotlety schabowe zalane smalcem, a nawet samodzielne przygotowane suszone mięso wołowe (pemmikan). U niektórych członków naszej wyprawy możemy podejrzeć również wypełnione tajemniczymi składnikami woreczki, buteleczki, pudełeczka, z których przygotowują dla siebie porcje jedzenia lub napoju. Ale tak naprawdę najważniejsza jest odpowiednia ilość zabranego jedzenia, bo dwa ostatnie dni naszego spływu zawsze weryfikują ten stan rzeczy i jest to czas, kiedy możemy stwierdzić, czy członkowie naszego spływu są zgranym zespołem. Wtedy bowiem zaczynają się poszukiwania nadwyżek jedzenia. Dobrą zasadą jest, aby do precyzyjnie obliczonej ilości prowiantu na wszystkie dni spływu, dodać jeszcze trochę. Gdy coś zostanie na koniec, zawsze możemy podzielić się z tymi, którym zabrakło jedzenia. Na wyprawę do sklepu nie ma co liczyć. Nasz komandor Grzegorz na wybranej trasie nie planuje zakupów ani wizyt w restauracjach. Czasem zdarzy się, że uzupełniamy zapasy słodkiej wody. Do gotowania kasz, makaronów, ziemniaków bardzo dobrze sprawdza się woda morska. Oczywiście nasz codzienny jadłospis można wzbogacić i uzupełnić tym, co oferują szkiery. Wracamy wtedy do korzeni i możemy poczuć się jak nasi praprzodkowie, którzy, aby zdobyć pożywienie, zajmowali się zbieractwem i łowiectwem. My też tego próbujemy. Grzesiek złowił dorsza, Olek szczupaka, Jacek ze mną nazbierał grzybów, Paulina znalazła zdziczałą jabłoń, Grzegorz owoce dzikiej róży, z której sporządził doskonałą herbatę, zbieraliśmy także jagody i jeżyny. Mówi się, głodny kajakarz, to zły kajakarz.

19.08, poniedziałek. Dzień 5. (dystans 33 km)  

Dziś czeka nas próba dopłynięcia na jeden z najdalej wysuniętych na wschód szkierów. Celem jest Huvudskär w południowej części archipelagu sztokholmskiego. Archipelag sztokholmski składa się z około 24 tysięcy wysp i wysepek, około 15% powierzchni archipelagu podlega ochronie w formie rezerwatów przyrody. Do tej pory żadna z wypraw organizowanych od 9 lat w ramach „Bałtyku pod wiosłem” nie dotarła tak daleko na wschód. Pogoda nam sprzyja, wieje silny wiatr z południowego zachodu. Mamy, mówiąc w żargonie żeglarskim, baksztag. Szybko pokonujemy kolejne kilometry. Wszyscy już opanowali sztukę żeglowania z wiatrem w plecy, choć nie każdy czuje się dobrze na tym kursie. Przy silnym wietrze i wysokiej krótkiej fali dopływamy do wyspy Borgen, gdzie na północnej stronie w zacisznej zatoce zatrzymujemy się na lunch. Tu też członkowie spływu podejmują decyzję o tym, kto chce popłynąć do wyspy Huvudskär. Do pokonania jest tylko ok. 5 km, ale płynąć będziemy prawie na całym odcinku wystawieni na wiatr i fale przekraczające już ponad 4 stopnie w skali Beauforta. Wyruszają Grzegorz, Monika, Jacek, Bartek, Olek i dwóch Krzysztofów. Reszta z Adamem czeka na nasz powrót. Grzegorz z dużą wprawą prowadzi naszą grupę, wykorzystując każdy skrawek lądu, by choć na chwilę płynąć po spokojniejszym morzu. Trzymamy się blisko siebie. Na zawietrznej wysp jest spokojnie, ale kiedy przepływamy między wyspami blisko siebie położonymi, wiatr i fale są silniejsze (powodując efekt lejka), a wystające głazy dodatkowo je spiętrzają. Trzeba bardzo uważać. Do Moniki, której kajak się wywraca, najszybciej podpływa Grzegorz. Po zrobieniu T-rescue (jak w tracie naszych ćwiczeń), Monika jest już w kajaku. Dopływamy do Huvudskär. Po krótkim spacerze po wyspie i zrobieniu pamiątkowego zdjęcie przy latarni uzupełniamy zapasy słodkiej wody i wracamy na wyspę Borgen, gdzie czekają na nas pozostali uczestnicy spływu. Ruszamy w kierunku zachodnim. Naszym celem jest wyspa Utö. Późnym wieczorem znajdujemy dobre miejsce na nocleg. Zamiast ogniska siedzimy przy piecyku Maruchy. Morskich opowieści ciąg dalszy.

20.08, wtorek. Dzień 6. (dystans 23 km)

Jak co dzień wypływamy o godzinie 10.00. Pogoda na razie doskonała. Znajdujemy się na wschodnim wybrzeżu wysp Utö, która skutecznie nas osłania przed wiejącym wiatrem z południowego zachodu. Płyniemy dalej na północ. Ćwiczymy swoje umiejętności nawigacji. Codziennie dwie kolejne osoby pełnią rolę nawigatorów pod czujnym okiem Grzegorza. Nawigowanie w szkierach polega na identyfikacji mijanych obiektów, takich jak wyspy, znaki na torach wodnych, ukształtowanie terenu. Przy dłuższych odcinkach między wyspami wyznaczamy kursy, ale płynięcie jednym kursem jest bardzo krótkie. Nasza trasa dostosowana jest do dynamicznie zmieniających się warunków pogodowych i często musimy lawirować między licznymi wyspami i wysepkami. Musimy również zwracać uwagę na wyznaczone tory wodne, by bezpiecznie je przekraczać. Część uczestników naszej wyprawy ma już GPS-y, ale bez dobrej mapy określenie bieżącego położenia i wyznaczenie dalszej drogi może być trudne, o czym przekonało się kilkoro uczestników. My posługujemy się mapą turystyczną w skali 1: 50000, która dostarcza nam o wiele więcej informacji niż mapa morska. Przy tak małym zanurzeniu, jakie mają nasze kajaki, możemy popłynąć tam, dokąd nie dotrą łodzie czy jachty. Ważniejsze dla nas są informacje o rezerwatach przyrody, ukształtowaniu terenu, oznaczenia infrastruktury turystycznej, położenie obiektów na lądzie, które widzimy z wody.

Płyniemy wzdłuż wyspy Utö i bacznie rozglądamy się w poszukiwaniu śmietnika. Przez sześć dni w naszych kajakach nazbierało się już trochę śmieci. Jedna z żelaznych zasad naszego spływu brzmi: „to, co zabrałeś, płynie razem z tobą”. Tej zasady przestrzegają również Szwedzi, dzięki czemu w miejscach, gdzie nocowaliśmy, oprócz śladów spalonego drzewa w ogniskach nie ma śmieci. Gdyby takie zasady udało się wpoić naszym polskim turystom – marzenie. Wyspa Utö oprócz najstarszych kopalń rudy żelaza w Szwecji słynie ze swoich piaszczystych plaż. Przy jednym z pustych już o tej porze kąpielisk widzimy śmietniki. Pozbywamy się niepotrzebnego i lekko już pachnącego balastu. W wąskim przesmyku między wyspą Utö a St. Persholmen w Gruvbyn na przystani uzupełniamy zapasy słodkiej wody. Dalej pod osłoną dużych wysp Rǻnö i Alö dopływamy do bardzo urokliwej zatoki w północnej części wyspy Nǻttarö. Tu wieczorem przy ognisku degustujemy złowionego przez Grzegorza dorsza.

21.08, środa. Dzień 7. (dystans 33 km)

Tradycyjnie o godzinie 10.00 jesteśmy na wodzie. Wypływamy z zatoki na północ i kiedy zmieniamy kurs południowo zachodni, zaczynamy płynąć pod wiatr, który z każdym kilometrem staje się coraz silniejszy. Płynąc blisko brzegu wyspy Nǻttarö, widzimy, jak wolno przesuwamy się do przodu. Po wypłynięciu poza wyspy Björskär i Gjusskär bierzemy kurs na wyspę Mällsten. Mamy wrażenie, że mimo naszych wysiłków, stoimy w miejscu. Opływamy Mällsten po jej zachodniej stronie i płyniemy na północno-wschodni kraniec wyspy Järflotta. Tu zatrzymujemy się na lunch. Przerwa jest dłuższa niż zwykle. Jesteśmy bardziej zmęczeni i liczymy na to, że wiatr trochę przycichnie i kiedy będziemy opływać plażę surferów w południowej części wyspy Torö, fale będą tam trochę niższe. Wypływamy około 17.00 i trzymamy się jak najbliżej wschodnich brzegów wyspy Järflotta, która trochę chroni nas przed przeciwnym wiatrem. Po minięciu południowego cypla wyspy znowu z dużym trudem wiosłujemy pod wiatr. Płyniemy od wyspy do wyspy, robiąc częste postoje na ich zawietrznej stronie. Kiedy mijamy południowy kraniec wyspy Torö, zaczyna zapadać zmierzch, zapalają się latarnie, widzimy na wodzie czerwone i zielone światła wyznaczające tory wodne. Zbijamy się w tratwę, a Grzegorz udziela nam krótkiej lekcji dotyczącej nocnej nawigacji i bezpiecznego poruszania się po tym bardzo uczęszczanym akwenie wodnym.

Płyniemy bardzo blisko siebie, by nie zgubić się w ciemnościach nocy. Każdy ma przydzielony numer i co chwila odbywa się odliczanie, by sprawdzić, czy jesteśmy w komplecie. Do przepłynięcia pozostało nam ok. 5 km po silnie pofalowanym morzu. Wszyscy są bardzo skoncentrowani, płyniemy blisko toru wodnego, po którym pływają naprawdę duże statki towarowe. Omijamy szerokim łukiem plażę surferów, gdzie w ubiegłym roku Jacek testował wiosło grenlandzkie i z tego testu tylko wiosło wyszło zwycięsko . W ciemnościach nocy dostrzegamy zarys wyspy Kolguskär, na której mamy zaplanowany nocleg. Dobrze, że z góry wiemy, gdzie jest dobre miejsce na biwak.

Po 22.00 lądujemy na brzegu. Mimo późnej pory na brzegu czeka na nas prawdziwy gospodarz tej wyspy – rudy lis. Nie boi się świateł naszych czołówek i wyraźnie jest zainteresowany tym, co wyładowujemy na brzeg. Rozbijamy namioty, zapalamy ognisko i choć jest już bardzo późno,  siedzimy przy nim długo, gdyż żegnamy się z trzema uczestnikami naszego spływu, którzy wcześnie rano odpływają do bazy w Stensund. Do Polski wracają już Marek z Krzysztofem i Ania. My natomiast mamy w perspektywie dzień wolny od pływania. Lis w międzyczasie próbuje lepiej poznać nasze zapasy. Na początek z namiotu Ani zabiera jej torebkę muesli. Pewnie był to lis-wegetarianin.

 22.08, czwartek. Dzień 8. (dystans 15 km)

Wczesnym rankiem opuszczają nas Ania, Krzysztof i Marek. Oprócz nich na wyspie brakuje zupy jagodowej Grześka, serków topionych Anki. Podejrzenie pada na lisa. W przekonaniu o jego winie utwierdzają nas znalezione liczne szczątki zjedzonych ptaków, zniszczone gniazda i skorupy ptasich jaj. Najprawdopodobniej nasz lis zimą dotarł z pobliskiego lądu na wyspę w poszukiwaniu pożywienia, a kiedy lód ustąpił, został na wyspie i z konieczności nauczył się grabić kajakarzy.

My oddajemy się szczęśliwemu lenistwu. Pogoda jest doskonała. Wietrzymy śpiwory, dosuszamy ubrania, niektórzy nawet golą kilkudniowy zarost i poddają się ablucji. Zbieramy grzyby, niektórzy oddają się wędkowaniu, zwiedzamy wyspę, która do niedawna była niedostępna dla cywilów. Na wyspie znajdujemy cały system bunkrów. Wejścia do nich są zamknięte bądź zalane betonem. Można też testować kajaki kolegów. Do bazy został nam do przepłynięcia ostatni odcinek – ok. 14 km. Mamy zamiar pokonać go nocą.

Ostatni dzień, ostatnie resztki prowiantu. To dobry moment, by przekonać się, jak dobrze zgrali się uczestnicy i okazja, by podzielić się jedzeniem, które nam zostało. Swoją porcję otrzymuje również nasz rudy towarzysz. Paulina zostawia w miejscu swojego namiotu kawałek kabanosa i plasterek salami – zakrawa to na czyn heroiczny.

Około godziny 19.00 odprawa. Grzegorz ustala godzinę odpłynięcia z wyspy na 21.00. Kolejny raz omawia zasady pływania w nocy. Mówi nam o charakterystyce i znaczeniu świateł, które zobaczymy nocą na wodzie. Odnosi to do obiektów stałych i obiektów pływających.

Kiedy opuszczamy wyspę Kolguskär, za naszymi plecami mamy olbrzymią tarczę księżyca w pełni, a przed dziobem kajaków na horyzoncie tylko lekko czerwonawy odcień nieba, które mieniąc się różnymi odcieniami, przechodziło w coraz ciemniejszą kolorową smugę. Niebo robiło się coraz ciemniejsze, nasz wzrok coraz bardziej przyzwyczajał się do ciemności, a na wodzie pojawiało się coraz więcej świateł latarni, pław, jachtów, łodzi i statków. Przez pierwsze dwie godziny naszego nocnego pływania morze przypominało staw, bez fal i wiatru. Mijamy latarnię na wyspie Vattkluben, znak wodny na Torsken, opływamy wschodnie wybrzeże wyspy Fifǻng. Księżyc oświetla nam morze jak olbrzymia latarnia, ale kiedy mijamy północny kraniec wyspy, na niebie pojawiają się chmury i robi się naprawdę ciemno. Zaczyna wiać silny wiatr, fala jest coraz wyższa. Przed nami silnie pofalowane morze i do przepłynięcia 5-kilometrowy odcinek. Grzegorz tak wyznacza trasę, by naszymi punktami nawigacyjnymi były kolejno cztery małe szkiery: Bergholmarna, Svarthäll, Tallholmarn, Tallhällan. Płyniemy blisko siebie i często sprawdzamy obecność, korzystając z wcześniej wypracowanej metody odliczania. W tych warunkach wywrócenie kajaka czy oddalenie się od grupy byłoby bardzo niebezpieczne. Znowu mamy wiatr lekko z tyłu, co powoduje, że kajaki myszkują trochę po wodzie.

Nocne pływanie to cisza i duże skupienie. Kiedy dopływamy do południowego krańca wyspy Borsö i chowamy się w jej cieniu, morze znowu się wygładza i pojawia się księżyc, który znów bardzo jasno oświetla nam drogę. Wystające głazy, wygładzone brzegi wyspy skąpane w świetle księżyca wyglądają bajkowo. W tej niezwykłej scenerii dopływamy spokojnie do naszej bazy w Stensund. Szybko wypakowujemy kajaki, rozbijamy namioty, a niektórzy idą do jurty. Niektórzy we śnie jeszcze raz pokonywali nocny odcinek.

23.08, piątek. Dzień 9.

Cały dzień w bazie: klarowanie kajaków, dla chętnych wyprawa do Trosy, testowanie kajaków, łowienie ryb, ale przede wszystkim bardzo obfity lunch w szkole. Wieczorem ognisko i podsumowanie spływu – wszystkie cele zrealizowane, zadowolenie uczestników 100%. Kolejne podsumowanie, już mniej oficjalnie, w saunie.

24.08, sobota. Dzień 10.

Sobota to czas rozstań. Jedni będą wracać do Polski samolotem, inni samochodami i promem. Adam z Grzegorzem czekają już na uczestników kolejnej edycji „Bałtyku pod wiosłem”, tym razem w wersji stacjonarnej – zamiast namiotów domek na stałym lądzie, dwa posiłki serwowane w szkole zamiast kuchni biwakowej.

Do zobaczenia już za rok.

Galeria zdjęć

Komentarze są wyłączone.